Inquis1t0r napisał(a):
Kurde, teraz wyszedłem na jakiegoś socjalistę ;<A ja tylko sugerowałem, że nie należy popadać w skrajności i nie stawiać się w sytuacji innych, bo drogi życiowe są różne.
To już problem właściciela. - Inquis1t0r dzisiaj, 14:18
Inquis1t0r napisał(a):
Kurde, teraz wyszedłem na jakiegoś socjalistę ;<A ja tylko sugerowałem, że nie należy popadać w skrajności i nie stawiać się w sytuacji innych, bo drogi życiowe są różne.
To już problem właściciela. - Inquis1t0r dzisiaj, 14:18
Polski rynek najmu jest słabo rozwinięty, to w zasadzie w pewnym stopniu tłumaczy patologie. Mała konkurencja == niska jakość w danej cenie.
http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/polski-rynek-najmu-jednym-z-najgorzej-rozwinietych-w-europie
Wibowit napisał(a):
Polski rynek najmu jest słabo rozwinięty, to w zasadzie w pewnym stopniu tłumaczy patologie. Mała konkurencja == niska jakość w danej cenie.
Bez podania przyczyn dla których ten rynek jest nierozwinięty są to tylko puste słowa.
Pewnie mentalność, być może np to że Polacy lubią przyspawać się do konkretnej posadki w konkretnym miejscu i wobec tego widzą sens w osiedlaniu się od razu na stałe w jednym miejscu?
Z wykresu wynika pewna zależność, tzn w bogatszych krajach jest bardziej rozwinięty rynek najmu, a w biedniejszych gorzej. Czyli tak jakby słabość rynku najmu stoi w sprzeczności z bogactwem obywateli. Można więc oczekiwać, że wraz z bogaceniem się Polaków, większa ich ilość będzie wynajmować mieszkania.
Wynajmowanie mieszkania oznacza mobilność przy poszukiwaniu pracy. Problem w tym, czy w Polsce jest na tyle konkurencji, żeby opłacało się przenosić. Ale ogólnie im większy rynek wynajmu i im większa mobilność pracowników, tym dla kraju lepiej, gdyż to zwiększa nacisk na pracodawców, aby oferowali lepsze warunki pracy. Chyba tylko sporadycznie zdarza się, że jakaś firma przyjmie "syna marnotrawnego", który opuści firmę, ale po jakimś czasie chce do niej wrócić. Dlatego ktoś mieszkający we własnym mieszkaniu ma w pewien sposób związane ręce - nie może za dużo kozaczyć, bo skończą mu się firmy w mieście w których będzie mu się opłacało pracować. A jeśli jest ktoś kto wynajmuje mieszkanie to nie ma tego problemu i może pokozaczyć przed pracodawcą :]
Można do tego dodać ogólną tendencję firm (przynajmniej z tego co słyszałem i zauważałem), że pracownicy ze stażem w danej firmie wolno awansują, natomiast znaczne polepszenie wynagrodzenia następuje przy zmianie pracodawcy. Tego faktu nie biorą pod uwagę wyliczenia nt opłacalności najmu.
Ja nie pytałem o preferencje ludzi tylko o to, czemu rynek jest nierozwinięty. A jest tak, bo w Polsce, mimo braku setek tysięcy mieszkań na rynku, nie opłaca się budować na wynajem. Dlaczego? Przez prawo nadmiernie chroniące lokatorów i dające im dużo więcej możliwości niż właścicielom.
Więcej np. tutaj: http://blog.pzfd.pl/?p=114
aurel napisał(a):
Z twojej wypowiedzi to można wywnioskować, że jak ludzie się kochają i pragną potomstwa, no to są zwolnieni z myślenia i używania kalkulatora.
Ee.. nie?
Nie mówię również, że jesteś głupia czy coś, bo i mi do dzieci nie prędko.
Przedstawiłem tylko inny punkt widzenia. Nikogo też nie stawiam wyżej, skąd Ci się to wzięło? Są różne problemy z wynajmem i nie dziwota po prostu, że do własnego "m" i kredytów ciągną ludzie z dziećmi, bo bez nich łatwiej sobie poradzić. Mi też.. też teraz wynajmuję, jest jak jest, ale mogło być gorzej, przenieść się dla mnie to nie problem, pakuję torby lub dwie i mnie nie ma. Ale co by było, gdybym miał żonę i dziecko w pieluchach? Oj to nie byłoby tak łatwo. Są inne priorytety jak powiedziałem.
Mógłbym również z Twoich wypowiedzi wywnioskować, że znaczną część narodu uważasz za debili tak? Może nawet swoich bliskich? Czy każdy kto już zdecydował się na dziecko jest głupi? Nie, po prostu myślą innymi kategoriami. Jest inna motywacja.
Znam pary ludzi którym 40 przekracza i bez dzieci i na wynajem i im dobrze, nie krytykuję nikogo kto chce tak żyć. Ale czemu krytykować też tych, którzy chcą inaczej przejść przez życie? Swojemu dziecku też zapewne będziesz chciała dać to co najlepsze i zapewnić mu bezpieczeństwo. Łatwiej to zrobić na własnym. Tak ja myślę. Ktoś inny może się z tym nie zgadzać. Po prostu rozumiem tych ludzi.
aurel napisał(a):
Moim zdaniem trzeba po prostu mierzyć siły na zamiary, bądź na odwrót
Czyli najpierw trzeba mieć gdzie i za co dzieci wychować, a dopiero potem bierzemy się za ich robienie. To chciałeś powiedzieć?
I tak i nie. Co w tym złego? Dorabiamy się by móc później dzieciom zapewnić godziwe życie? U mnie się nie przelewało, więc czy to źle, że chciałbym własnemu potomstwu zapewnić ciut lepsze życie? Po co nam kariera i kasa bez tego? Jaki jest sens naszego życia wtedy?
Poprzez to zdanie chciałem też powiedzieć, że wielu ludzi bierze zbyt duże kredyty, na styk swoich możliwości. Moim zdaniem dom, tudzież mieszkanie, 100m2 za 300-400 tyś jest przesadą dla dwojga ludzi (zakładając, że jak powiedziałaś, ktoś dzieci mieć nie chce), bądź też nawet z jednym. A skoro nie stać nas na większe, to z kolejnym dzieckiem się wstrzymujemy, bierzmy mniejsze lokum, itd itd. No niestety w takim świecie żyjemy. Zakładając, że ktoś co chwila nie "wpada". Może za 10 lat sytuacja się poprawi? Poza tym, utrzymanie domu to nie tylko kredyty, ale także rachunki (szczególnie ogrzewanie może dobić) i inne artykuły, a o tym wielu ludzi zapomina i stąd te płacze i lamenty.
Tak jak mówisz, ktoś nie ma warunków, więc się niech wstrzyma. Trzeba być odpowiedzialnym za siebie i za ew. przyszłe nowe życie. Wszystko z głową.
Są różne problemy z wynajmem i nie dziwota po prostu, że do własnego "m" i kredytów ciągną ludzie z dziećmi, bo bez nich łatwiej sobie poradzić.
Raczej chodzilo o to, ze jezeli ktos nie ma warunkow do wychowywania dzieci (czyli np. malzenstwo zarabia razem 2000) to raczej nie powinno decydowac sie na dzieci. A potem plakac, ze jest ciezko.
Z drugiej strony takie podejscie moze doprowadzic do jeszcze nizszego przyrostu naturalnego co nie jest pozytywnym zjawiskiem.
Ciekawe ile z osób tu wypowiadających się ma rodzinę i dzieci?
Osoby, które uważają właśnie, że są flexi sexi, faktycznie mogą sobie pracować 24h na dobę, bo wydaje im się, że poza praca świat nie istnieje. Ich sprawa. Ale to jest brak świadomości życia społecznego i bycie właśnie trybikiem nic nie znaczącym z klapkami na oczach, czyli czymś co znamy właśnie z głębokiego PRL. Czyli de facto, ci najbardziej kapitalistyczni maja zachowania rodem z socjalizmu. Kobieta rodząca pierwsze dziecko w wieku 40 lat - istna masakra, nawet z własnym dzieckiem na rowerze nie pojeździ, bo już się zaczną stawy "sypać". Jestem rad, że u mnie tak nie jest. Przeraża mnie myśl, że np. matka zapomniałaby nakarmić dziecko, bo w tym czasie akurat poznawałaby nowe best-practices w aplikacjach webowych. Istna porażka.
Osoba twierdząca, że mieszkanie to luksus i jego posiadanie to wymysł PRL (a sama w tych czasach co najwyżej robiąc w pieluchy) i to, że 80% ludzi aby mieć dach nad głową musi się wiązać z bankiem na 30 lat widać, że nie ma pojęcia co pisze. Bo przeciez wysrtarczy "sobie wziąć" mieszkanie nie-własniościowe, czyli nie-luksus.
Myślisz, że kto dostaje mieszkania "nie-własnościowe" ? Tak naprawdę wystarczy być, trochę ponad granice ubóstwa i już takie mieszkanie się nie należy. To dobrze bo są ludzie, którym bardziej nie przyda niż rodzinie, która ma 4700 miesięcznie. Ale to, że ta rodzina też potrzebuje gdzieś mieszkać to już jest kμrwa luksus? Z jednej strony ktoś młody flexi sexi, który jeszcze nie założył rodziny pisze takie farmazony a chwile później, pisze że w razie czego to może byc nawet spawaczem - już to widzę.
PS. Skoro na kasie w biedronce można posadzić małpę, to czemu jeszcze ich tam nie posadzono...
Oczywiście wyżej, zamiast "prostytutka" było polskie słowo na k, ale admin stwierdził, że wie lepiej co mam na myśli i cenzor zaminił. Określenie prostytutki k-u-rwą to nie jedyne znaczenie tego słowa - tak dla wiadomości adminów.
A mnie interesuje coś innego - czemu najwięcej dzieci mają ludzie o najniższych dochodach? Im większa patologia tym więcej dzieci. Pokażcie mi lekarza/prawnika/dyrektora na wysokim stanowisku który ma 10 dzieci. A w tzw. "nizinach społecznych" - smród, brud i ubóstwo ponad 10 dzieci to norma.
Może z tej nędzy nie stać ich na prezerwatywy, czy jakiś inny powód jest? Więcej dzieci to większy zasiłek z mopsu? Albo, z tej nędzy i smutku nie mają co robić więc robią dzieci. I potem mamy super reportaż w tvn o biednej rodzinie, gdzie 2 bezrobotnych, albo samotnej bezrobotnej matce - 15 dzieci, a złe polskie państwo im nie pomaga. Tylko skąd te 15 dzieci się wzięło - bocian ich przecież nie przyniósł.
A mnie interesuje coś innego - czemu najwięcej dzieci mają ludzie o najniższych dochodach? Im większa patologia tym więcej dzieci
Pierwsze 4 minuty filmu "Idiocracy" bardzo dobrze to wyjasniaja:
http://www.break.com/usercontent/2007/1/8/first-10-minutes-of-idiocracy-clip-2-205480
Evolution does not necessarily reward intelligence. With no natural predators to thin the herd, it began to simply reward those who reproduced the most, and left the intelligent to become an endangered species.
Zaraz chyba dojdziecie do wniosku, że posiadanie dziecka przed 40 to patologia.
Smutny fakt im większa bieda tym więcej dzieci (patrz np. Indie).
Taki stan w Polsce to przykład porażki systemu władzy etc.
Za czasów złej komuny było tego mniej...
No i ta zła komuna kładła nacisk na naukę (niekoniecznie religii).
Poziom świadomości społeczeństwa jest bliski zera.
Nie uczą się żyją w jakimś ciemnogrodzie.
Pytanie do wszystkich dlaczego tak się dzieje, że żadne reformy
nie dają sensownych efektów??
Efektów które by się przełożyły na rozwój społeczeństwa, a poprzez to kraju.
No ale społeczeństwem o niezbyt rozwiniętych wymaganiach lepiej się rządzi (łatwiej trzymać za pysk).
Smutne...
Osoby, które uważają właśnie, że są flexi sexi, faktycznie mogą sobie pracować 24h na dobę, bo wydaje im się, że poza praca świat nie istnieje
Rozumiem ze jak ktos nie ma oporow przed zmiana miejsca zamieszkania i ma na tyle umiejetnosci, ze jest w stanie znalezc inna prace (bo to sie chyba miesci w pojeciu elastyczny) to musi od razu oznaczac, ze jest pracoholikiem pracujacym 24h na dobe?
0x200x20 napisał(a):
Osoby, które uważają właśnie, że są flexi sexi, faktycznie mogą sobie pracować 24h na dobę, bo wydaje im się, że poza praca świat nie istnieje
Rozumiem ze jak ktos nie ma oporow przed zmiana miejsca zamieszkania i ma na tyle umiejetnosci, ze jest w stanie znalezc inna prace (bo to sie chyba miesci w pojeciu elastyczny) to musi od razu oznaczac, ze jest pracoholikiem pracujacym 24h na dobe?
Nie, nie jest pracoholikiem. Jest - jak to się teraz ładnie określa - singlem bez zobowiązań :)
Ciekawe ile z osób tu wypowiadających się ma rodzinę i dzieci?
Osoby, które uważają właśnie, że są flexi sexi, faktycznie mogą sobie pracować 24h na dobę, bo wydaje im się, że poza praca świat nie istnieje. Ich sprawa. Ale to jest brak świadomości życia społecznego i bycie właśnie trybikiem nic nie znaczącym z klapkami na oczach, czyli czymś co znamy właśnie z głębokiego PRL. Czyli de facto, ci najbardziej kapitalistyczni maja zachowania rodem z socjalizmu. Kobieta rodząca pierwsze dziecko w wieku 40 lat - istna masakra, nawet z własnym dzieckiem na rowerze nie pojeździ, bo już się zaczną stawy "sypać". Jestem rad, że u mnie tak nie jest.
To, że ktoś nie ma dzieci, nie znaczy, że nie ma rodziny i życia poza pracą.
Flexi nie oznacza pracy 24h/dobę, weź zajrzyj sobie do słownika pod pojęciem "elastyczność", "elastyczny wymiar pracy", "elastyczne godziny zatrudnienia".
Ja przychodzę do pracy, gdy się obudzę, zjem śniadanie, przeczytam gazetę. Wychodzę jak się znudzę. Jak można nie chcieć elastycznych godzin pracy? Szczególnie, gdy ma się rodzinę, małe dziecko? o.O
Jeszcze nie mam 40 lat, i po to właśnie teraz pracuję, żeby w przyszłości móc spokojnie założyć rodzinę. Praca nie jest dla mnie celem samym w sobie. Jednak jakoś jestem przekona, że jak poczekam jeszcze 3-5 lat, to jeszcze mi jajniki nie uwiędną, a jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, będę miała 100 razy lepszą sytuację do rodzenia dzieci, niż obecnie.
Mogłabym oczywiście zarzucić cały plan, zajść w ciążę i wydać cały zebrany kapitał na pieluchy. Chyba jednak pozostanę przy swoim planie.
Przeraża mnie myśl, że np. matka zapomniałaby nakarmić dziecko, bo w tym czasie akurat poznawałaby nowe best-practices w aplikacjach webowych. Istna porażka.
Co za bezczelna matka, próbuje rozwijać się zawodowo -_-' Przecież to od wieków wiadomo, że jak kobieta próbuje myśleć, to zapomina o podstawowych rzeczach, może całkiem zapomnieć, że ma dzieci! A wiadomo, biedne dzieci wtedy zginą z głodu, bo tatuś jest od zarabiania pieniędzy, a nie od zawracania sobie głowy dziećmi.
Jest - jak to się teraz ładnie określa - singlem bez zobowiązań
Oczywiście - bo singiel nie ma zobowiązań. A nawet jeśli ma, to nie są one ani tak prawdziwe ani tak ważne, jak zobowiązania, które mają żonaci i z dziećmi -_-'
To może najlepiej by było przywrócić bykowe? Skoro single nie mają i tak zobowiązań.
othello napisał(a):
Pokażcie mi lekarza/prawnika/dyrektora na wysokim stanowisku który ma 10 dzieci. A w tzw. "nizinach społecznych" - smród, brud i ubóstwo ponad 10 dzieci to norma.
To prawda, ze niziny spoleczne lubia sie rozmnazac. Ale osobiscie znam conajmniej kilka rodzin z klasy sredniej z iloscia dzieci pomiedzy 3 a 7. W tym jest np. dyrektor banku, lekarz, biznesmen. Acha, bym zapomnial - ja mam czwórke. Nie jest latwo pod wzgledem materialnym - skonczylo sie emigracja. Najzabawniejsze jest to, ze kiedys bylem tak samo radykalny jak aurel (choc akurat zawsze chcialem miec duzo dzieci). Ale to przywilej mlodosci.
Wracajac do tematu, ja tutaj w UK nie widze zmierzchu etatów. W mojej firmie ludzie pracuja raczej po dobre kilka lat, jest sporo ze stazem 10+. Przy skomplikowanym produkcie jak mój, poznanie systemu zabiera lata. Dopóki beda istnialy takie, dopóty etat w IT bedzie mial sie dobrze.
Bardzo ciekawy artykul nt. Japonii, której grozi krach z powodu zadluzenia (to chyba glówna epidemia tej dekady). Co ciekawe, mlodzi Japonczycy chca dzis takiej stabilizacji, jaka mialy poprzednie pokolenia, z powrotem sa gotowi pracowac dla jednej firmy do emerytury:
NB choc z tytulem sie nie zgadzam, to jednak japonskie dane fiskalne sa rzeczywiscie alarmujace.
pisze że w razie czego to może byc nawet spawaczem - już to widzę
Pojecie 'przekwalfikowanie sie' jest ci obce? Co byś zrobił gdyby z jakiegoś powodu w IT nie bylo by pracy, a pracownikow źle traktowano i slabo oplacano?
Dalej bys siedzial w IT i narzekal jak jest zle i nie mozesz wyzywic rodziny, czy moze probowalbys sie przekwalfikowac i zmienic branze?
aurel napisał(a):
Ja przychodzę do pracy, gdy się obudzę, zjem śniadanie, przeczytam gazetę. Wychodzę jak się znudzę.
Jesteś freelancerką i "pójście do pracy" oznacza przejście do drugiego pokoju i rozpoczęcie pracy nad zleceniem?
Tak to brzmi.
Może zdradź nazwę firmy, w której pracujesz. Która firma jest tak "elastyczna" że pracownicy przychodza sobie o porze dowolnej?
Kazdy umnie liczyc. Cofam to, ludzie ktorzy zawsze pracowali na UOP o takich wyliczeniach w ogole nie maja bladego pojecia. Inna kwestia : czy ludzie wierza jeszcze w nasz system emerytalny, czy jednak coraz mniej - bo it tez determinuje wybor umowy jaki wybieramy, czy mamy ochote oplacac dotakowe daniny na ZUS.
Tutaj macie swietny kalkulatorek, ktory dobitnie pokazuje pewne ciekawe rzeczy. Zalozmy ze nasza praca warta jest dla pracodawcy 5000zl poniesionych przez niego co miesiac.
http://kalkulatory.nf.pl/kalkulator/wynagrodzenie
B2B z ulgowym ZUSem ( przez pierwsze dwa lata ) : Kwota netto dla pracownika:3 978,29 zł
B2B po dwoch latach : Kwota netto dla pracownika:3 466,91 zł
Umowa o prace : Kwota netto dla pracownika:2 952 zł
O mowa o dzielo z pzeniesieniem praw autorskich : Kwota netto dla pracownika:4 141 zł Ale tutaj musimy co miesiac samodzielnie oplacac 380zl dobrowolnej skladki zdrowotnej, ktorej 86% odda nam potem fiskus (ale dopiero w maju-czerwcu nastepngo roku) w ramach naplaty podatku dochodowego. Tak czy inaczej skladka zdrowotna nie kosztuja nas realnie 380zl tylko 53 zl co miesiec. Czyli do reki na tej umowie mamy 4088 zl
We wszystkich rodzajach zatrudnienia pracodawce kosztujemy dokladnie 5000zl miesiecznie.
Drugi wniosek :
Przy umowie o prace panstwo bierze ponad 40% naszej pensji... i dzieje sie to juz od najnizszej krajowej 1250 netto, ktora kosztuje naszego pracodawce 2051zl/mc. 60% idzie do kieszeni pracownika, 40% idzie do ZUS i US. Odzpowiedzcie sami dlaczego takie bezrobocie, dlaczego taki ogromon ludzi pracuje na czerno, dlaczego niskowykwalifikowana klasa robotnicza zyje na tak nedznym poziomie.
B2B z ulgowym ZUSem ( przez pierwsze dwa lata ) : Kwota netto dla pracownika:3 978,29 zł
Umowa o prace : Kwota netto dla pracownika:2 952 zł
yyy chyba nie za bardzo
co z Vatem?
Zostaje doliczony. Nie jest kosztem dla "pracodawcy", bo go sobie odliczy od czegoś innego (np usługi/oprogramowania, które on z kolei komuś sprzedaje).
Kwota brutto brutto z UoP to kwota netto na FV.
Franiu napisał(a):
Kazdy umnie liczyc. Cofam to, ludzie ktorzy zawsze pracowali na UOP o takich wyliczeniach w ogole nie maja bladego pojecia. Inna kwestia : czy ludzie wierza jeszcze w nasz system emerytalny, czy jednak coraz mniej - bo it tez determinuje wybor umowy jaki wybieramy, czy mamy ochote oplacac dotakowe daniny na ZUS.
Tutaj macie swietny kalkulatorek, ktory dobitnie pokazuje pewne ciekawe rzeczy. Zalozmy ze nasza praca warta jest dla pracodawcy 5000zl poniesionych przez niego co miesiac.http://kalkulatory.nf.pl/kalkulator/wynagrodzenie
B2B z ulgowym ZUSem ( przez pierwsze dwa lata ) : Kwota netto dla pracownika:3 978,29 zł
B2B po dwoch latach : Kwota netto dla pracownika:3 466,91 zł
Umowa o prace : Kwota netto dla pracownika:2 952 zł
O mowa o dzielo z pzeniesieniem praw autorskich : Kwota netto dla pracownika:4 141 zł Ale tutaj musimy co miesiac samodzielnie oplacac 380zl dobrowolnej skladki zdrowotnej, ktorej 86% odda nam potem fiskus (ale dopiero w maju-czerwcu nastepngo roku) w ramach naplaty podatku dochodowego. Tak czy inaczej skladka zdrowotna nie kosztuja nas realnie 380zl tylko 53 zl co miesiec. Czyli do reki na tej umowie mamy 4088 zlWe wszystkich rodzajach zatrudnienia pracodawce kosztujemy dokladnie 5000zl miesiecznie.
Drugi wniosek :
Przy umowie o prace panstwo bierze ponad 40% naszej pensji... i dzieje sie to juz od najnizszej krajowej 1250 netto, ktora kosztuje naszego pracodawce 2051zl/mc. 60% idzie do kieszeni pracownika, 40% idzie do ZUS i US. Odzpowiedzcie sami dlaczego takie bezrobocie, dlaczego taki ogromon ludzi pracuje na czerno, dlaczego niskowykwalifikowana klasa robotnicza zyje na tak nedznym poziomie.
Jeszcze odlicz z B2B i umowy o dzieło 26 dni na urlop to będzie można porównać z umową o prace :)
Aha, w umowach o prace teraz już jest popularne przeniesienie praw autorskich, więc też taka kwota by się przydała powyżej.
A co myślicie o tym nowym pomyśle PiS http://natemat.pl/182045,nadchodzi-500-zlotych-na-firme-pis-chce-aby-drobni-przedsiebiorcy-zaoszczedzili-na-podatku-i-skladce-zus ?
Aktualnie jeżeli mam np. 4200 brutto na UoP, to wychodzi 3000 netto, czyli około 5000 włącznie z kosztami pracodawcy.
Po wprowadzeniu tego prawa i przejściu na DG, zakładając że z brutto zrobi się netto i dostanę na rękę 4200 to po odjęciu tych 31% zostaje mi 2900, czyli mniej. Dobrze liczę?
Patrick Bet-David fajnie się wypowiedział na ten temat. Polecam zobaczyć Wypowiedź ściśle związana z tematem to jakieś 5 min.
Wybitny Myśliciel napisał(a):
Po wprowadzeniu tego prawa i przejściu na DG, zakładając że z brutto zrobi się netto i dostanę na rękę 4200 to po odjęciu tych 31% zostaje mi 2900, czyli mniej. Dobrze liczę?
Oj tam, oj tam, przecież wyraźnie jest napisane, że to "preferencyjna stawka". A taki uczciwy i prawdziwie polski rząd przecież nigdy by nie oszukał. ;)
Wybitny Myśliciel napisał(a):
A co myślicie o tym nowym pomyśle PiS http://natemat.pl/182045,nadchodzi-500-zlotych-na-firme-pis-chce-aby-drobni-przedsiebiorcy-zaoszczedzili-na-podatku-i-skladce-zus ?
Aktualnie jeżeli mam np. 4200 brutto na UoP, to wychodzi 3000 netto, czyli około 5000 włącznie z kosztami pracodawcy.
Po wprowadzeniu tego prawa i przejściu na DG, zakładając że z brutto zrobi się netto i dostanę na rękę 4200 to po odjęciu tych 31% zostaje mi 2900, czyli mniej. Dobrze liczę?
Ale w tym pomyśle nie chodzi o to, żeby na DG było taniej, niż na UoP. Wydaje mi się, że idea jest wręcz przeciwna - zmniejszenie szarej strefy i wykorzystywania alternatywnych form rozliczania tam, gdzie powinna być UoP. W oficjalnych komunikatach DG nigdy nie będzie podawana jako zastępnik dla UoP.
Osobiście wolę procent niż ryczałt.