Nie doceniamy mocy i zasad działania algorytmów wielkich firm.
Tak właśnie jest, wszystkiemu winne są algorytmy. Włączyłem rano Instagrama i przeleciało 2 godziny, nie poszedłem na spacer, nie zrobiłem treningu, nie zjadłem śniadania w domu, w pracy kierowniczka wkurwiona bo znów się spóźniłem. Wyskoczyła mi dupa na Instagramie, okazało się, że ma niebieską platformę i cały wieczór spędziłem na biciu niemca w kask, zobaczyła to moja żona i teraz chce rozwód, co robić?
Siedzę w salonie na kanapie, spakowany w dwie reklamówki z Biedronki, a algorytm Zuckerberga w tle znowu piknął, że ma dla mnie „rekomendowane treści”. Żona stoi nade mną z założonymi rękami, oczy jak pięciozłotówki, i drze się, że jestem obrzydliwy, bo cytuję: „w sypialni od roku wieje nudą, a ty tu urządzasz jednoosobowy turniej rycerski”.
Próbuję się tłumaczyć. Mówię: „Anka, przysięgam, to nie ja, to sztuczna inteligencja zoptymalizowała mój czas wolny! Ja tylko wszedłem sprawdzić przepisy na airfryera!”. g**no prawda, algorytm wyczuł moje skrajne wycieńczenie psychiczne i podsunął mi tę dziewczynę, która na profilu miała napisane, że kocha podróże, a na niebieskiej platformie pokazywała, jak bardzo kocha anatomię.Zamiast jednak milczeć i udawać skruchę, mój mózg – doszczętnie przepalony przez dwugodzinny scroll-maraton i dopaminowy zjazd – postanowił rzucić synonimami. Bo przecież „bicie niemca w kask” brzmiało zbyt monotonnie jak na spowiedź życia.
– Kochanie – mówię z pełną powagą. – To był jednorazowy incydent. No dobra, może dwa razy pod rząd polerowałem tłok, ale to czysta mechanika stresu! Musiałem jakoś odreagować ten opieprz od kierowniczki. Zrozum, facet czasem musi po prostu podrapać konara, żeby nie oszaleć w tym korpo-kołowrotku!
Anka patrzy na mnie, jakbym mówił w suahili. W tym momencie algorytm z telefonu znowu wysyła powiadomienie z TikToka: „Czy Twój partner marnuje potencjał? Sprawdź ten jeden prosty trik”. No to sprawdziłem, a raczej mój instynkt samozachowawczy sprawdził dno.
– Poza tym – brnę dalej, machając rękami jak raper – to nawet nie była zdrada! To była zwykła praca u podstaw, rzemiosło domowe. Równie dobrze mógłbym akurat heblować drąga w garażu albo marszczyć Freda przy oglądaniu powtórek Ligi Mistrzów. Dlaczego robisz aferę, jakbym co najmniej namydlał wiedźmina z całą wioską elfów?!
W tym momencie z łazienki wychodzi moja teściowa, która przyjechała „na weekend” (algorytm jej przyjazdu musiał być zaprogramowany przez samego szatana). Słysząc moje tyrady o marszczeniu Freda, łapie się za serce i krzyczy, że jej córka wyszła za zboczeńca i dewianta, który zamiast wnuków woli dusić węża przed ekranem telefonu za 15 dolarów miesięcznie.
– Mamo, błagam, nie wtrącaj się, zięć po prostu musiał pilnie spienić rurę, bo hydraulika w tym domu siada! – rzucam już kompletnie bez filtra, tracąc resztki godności.
Anka rzuca we mnie moim własnym telefonem. Ekran pęka, ale przez pęknięcie wciąż widać, że algorytm Spotify właśnie odpalił playlistę „Muzyka do relaksu i skupienia”.
Siedzę teraz na klatce schodowej. Żona zablokowała mnie wszędzie, teściowa dzwoni do księdza po egzorcystę, a ja patrzę w rozbity ekran i zastanawiam się: czy jeśli zacznę teraz intensywnie strugać wariata na wycieraczce, to algorytm uzna to za bezdomność i podrzuci mi reklamy tanich kawalerek do wynajęcia? Co robić, panowie, jak zresetować te ustawienia fabryczne w małżeństwie?