Mój stary to fanatyk Centrum. Pół mieszkania zajebane ulotkami o „bezpiecznej kotwicy”, a na ścianie w ramce wisi wycinek z gazety z napisem „Ani w lewo, ani w prawo, tylko prosto do Europy”. Jak go zapytasz, na kogo głosuje, to pręży pierś i mówi: „Synu, my jesteśmy rozsądnym środkiem, my nie jesteśmy jak te oszołomy z tęczami czy pochodniami”.
No i niby spoko, tylko im dłużej u nas mieszkasz, tym bardziej czujesz, że to „Centrum” to jest taka przykrywka, jak wtedy, gdy mama mówi, że idzie do koleżanki, a wraca z nowymi butami.
Zaczęło się niewinnie. Ojciec mówi: „Trzeba być nowoczesnym, europejskim”. Myślę: „No jasne, fajnie”. Ale potem patrzę na te ich postulaty i coś mi tu nie gra. Mówią „rozdział Kościoła od państwa”. Ojciec krzyczy: „To jest zdrowy rozsądek!”. Ja mówię: „Tato, ale to brzmi jak coś, co Marks pisał przy śniadaniu”. On na to, że się nie znam i że to po prostu „standard zachodni”.
Potem wjeżdża temat aborcji. KO mówi: „No, my tutaj liberalizujemy do 12. tygodnia”. Ojciec znowu: „To jest wolność jednostki, centrowy postulat!”. Patrzę na niego i pytam: „Tato, a wiesz, kto jeszcze tak mówił? Skandynawskie socjaldemokracje, od których nam bije czerwienią po oczach”. On czerwony na twarzy wyłącza TVN24 i mówi, że jestem „pisowskim trollem”.
Najlepsze było z mieszkaniami. Ojciec czyta program: „Kredyt 0% i dopłaty do wynajmu”. Mówię: „Tato, to jest przecież czysty interwencjonizm państwowy, niemalże jak w jakimś komunistycznym podręczniku sterowania rynkiem”. On na to, że to „wsparcie dla młodych w ramach społecznej gospodarki rynkowej”. Jakiej społecznej?! To brzmi jak „socjalizm”, tylko ktoś dopisał „rynkowy”, żeby wyborca z Wilanowa nie dostał zawału.
I tak to leci. KO twierdzi, że są centrowi, bo noszą białe koszule i mówią spokojnym głosem o „praworządności”, ale jak zajrzysz pod maskę, to tam silnik pracuje na mieszance progresywizmu i etatyzmu. To jest partia, która chce być tak bardzo „w środku”, że aż wylądowała po lewej stronie, tylko wstydzi się do tego przyznać, żeby nie stracić głosów wujka Staszka, który nienawidzi „lewactwa”, ale kocha dopłaty do prądu.
Ojciec do dziś myśli, że głosuje na „umiarkowany konserwatyzm liberalny”, a de facto popiera program, przy którym Miller z 2001 roku wygląda jak Margaret Thatcher.