Tymczasem receptą jak zwykle jest mniej państwa, mniej eurokołchozu, a więcej wolnego rynku. Więcej dzieci, a nie mniej. To w rękach i umysłach młodych ludzi narodzi się innowacja, która rozwiąże problem przed którym stoimy. Już w XVIII i XIX wieku pojawiły się opinie, że ludzi jest zbyt wiele, a zasoby planety są skończone. Te same argumenty podnosi teraz WEF, Gates czy Hararri. Tymczasem rewolucja przemysłowa sprawiła, że produkcja żywności zwielokrotniła się, podobnie jak ilość ludzi... Kolejny wynalazek może się okazać tym przełomowym, który odpowie na wyzwania ludzkości.
Nie wiem skąd to przeświadczenie u ludzi, że coś musi być, bo tak się akurat wydarzało(tutaj: musi nam się udać, bo udawało nam się już, i wtedy mówiono że się nie uda, więc wyciągamy wniosek że zawsze tak jest i tyle). Interwencja boska nam za każdym razem da, czy jak? A może nie będzie żadnego przełomowego wynalazku w końcu, i skończymy z wieloma ludźmi do wykarmienia, bez jakiegokolwiek bufora na wypadek kataklizmów.
Ludzie w Indiach przeszło miliard czy w Afryce prawie miliard, też chcą dobrobytu. Czy oni dobrowolnie zrezygnują z przyszłości swoich dzieci, ze względu na to, że gdzieś tam podniesie się poziom morza o parę centymetrów?
Jest coś takiego jak przyszłość dzieci, a jest coś takiego jak próżność/własna radość. Latanie gdzie popadnie żeby wstawić sobie zdjęcie na instagrama albo kupowanie co chwilę nowych ubrań - normalnie miałabym to gdzieś, niech każdy żyje jak chce, ale jeżeli to wpływa na zmiany klimatyczne, to rachunek wydaje się oczywisty. Zresztą nie sądzę żeby Ci co bronią zaciekle takich radości mieli dzieci(lub martwili się o nie), żyją dla siebie i tyle. Więc pytanie moim zdaniem powinno być postawione: czy ludzie na kontynentach zrezygnuja z części własnych radości, żeby dać lepszą przyszłość własnym dzieciom.
Podobnie jest z zadłużaniem się państwa, państwo "daje" na przyjemności, potem ktoś to będzie musiał spłacać.