@AdamPL, dostęp do akt to co innego niż nakaz udostępnienia danych osobowych osób nie biorących udziału w postępowaniu... Przeczytaj to jeszcze raz:
Strona zapewnia swoim organom sądowym, w cywilnych procedurach sądowych dotyczących dochodzenia i egzekwowania praw własności intelektualnej, prawo do nakazania sprawcy naruszenia lub domniemanemu sprawcy naruszenia, na uzasadniony wniosek posiadacza praw, by przekazał posiadaczowi praw lub organom sądowym, przynajmniej dla celów zgromadzenia dowodów, stosowne informacje, zgodnie z obowiązującymi przepisami ustawodawczymi i wykonawczymi, będące w posiadaniu lub pod kontrolą sprawcy naruszenia lub domniemanego sprawcy naruszenia. Informacje takie mogą obejmować informacje dotyczące dowolnej osoby zaangażowanej w jakikolwiek aspekt naruszenia lub domniemanego naruszenia oraz dotyczące środków produkcji lub kanałów dystrybucji towarów lub usług stanowiących naruszenie lub domniemane naruszenie, w tym informacje umożliwiające identyfikację osób trzecich, co do których istnieje domniemanie, że są zaangażowane w produkcję i dystrybucję takich towarów lub usług oraz na identyfikację kanałów dystrybucji tych towarów lub usług.
Czyli właściciel serwisu MUSI udostępnić dane wszystkich użytkowników serwisu.
Teraz też jest tak, że gdy występuje podejrzenie przestępstwa dane takie trzeba udostępnić, ale są one udostępniane POLICJI. Policja prowadzi postępowanie przygotowawcze, ocenia, czy faktycznie nastąpiło przestępstwo, jeżeli tak, formułowany jest akt oskarżenia wobec tych konkretnych osób. Będzie to oddzielne postępowanie, czyli strony postępowania, z którego wynikło podejrzenie, nie będą miały wglądu w te akta, a jedynie osoby faktycznie poszkodowane w tej sprawie.
Podam ci to na dwóch przykładzie:
Jak jest teraz
Jest sprawa przeciwko właścicielowi MegaUpload.
W toku postępowania wynikło, że być może na MU odbywały się jeszcze inne przestępstwa, niż te, które popełnił sam właściciel MU. Ale to nie on je popełnił, więc nie będą one dodane do jego aktu oskarżenia, tylko prokurator wystosuje wniosek o udostępnienie potrzebnych danych do przeprowadzenia postępowania przeciwko tym osobom.
Na podstawie materiału dowodowego zebranego w ten sposób policja stwierdza, czy faktycznie nastąpiło naruszenie prawa. Jeżeli tak, kieruje sprawę do prokuratury (NOWĄ SPRAWĘ), a ta formułuje akt oskarżenia przeciwko tej nowej osobie.
Właściciel MU nie ma wglądu do akt tej nowej sprawy, bo nie jest w niej stroną.
Poszkodowany w postępowaniu przeciwko MU może wcale nie być poszkodowanym w sprawie tej nowej osoby (może też ukradła film, ale kogoś innego?).
Trzecie, najważeniejsze - jeżeli podejrzana osoba okaże się niewinna (policja nie znajdzie dowodów popełnienia przestępstwa) to jej dane nie są nikomu udostępniane.
A z ACTA?
Jeśli nastąpi podejrzenie przestępstwa, właściciel witryny musi udostępnić dane wszystkich użytkowników właścicielowi praw autorskich (WTF?!), przed zebraniem dowodów winy, przed sformułowaniem aktu oskarżenia, niezależnie od tego czy przestępstwo zostało popełnione, czy też nie.
Edit: I jeszcze jeden komentarz, który popieram w 100%
http://wyborcza.biz/biznes/1,100897,11028093,ACTA_odbiera_nadzieje_na_zmiany.html
Szczególnie fragment:
Obywatele chcą reformy systemu. W medialnej dyskusji sprowadzane jest to często do frazy „zgoda na piractwo”, ale naprawdę, nie o to tutaj chodzi. Chodzi o zbudowanie takiego systemu, który będzie po pierwsze skuteczny ekonomicznie, po drugie będzie prosty i zrozumiały dla obywateli, a po trzecie nie będzie ograniczał wolności słowa i praw obywatelskich. Obecny system nie spełnia żadnego z tych warunków: został zbudowany w epoce drukowanej książki, w celu wspierania modelu sprzedaży fizycznych egzemplarzy utworów, więc siłą rzeczy nijak się ma do realiów cyfrowej, bezkosztowej dystrybucji. Ogrom niejasnych reguł i wyjątków czyni nawet tak prostą czynność jak cytowanie zadaniem dla sztabu prawników. Zaś w sytuacji, gdy większość naszych aktów komunikacyjnych ma charakter publiczny - na blogach i forach internetowych czy w serwisach społecznościowych - idea monopolu na publikację stała się już teraz niczym innym jak groźnym kneblem. W świecie polifonicznej informacji to co mamy do przekazania innym stosunkowo rzadko pochodzi wyłącznie od nas.