Ale nie w sensie, o którym mówisz, czyli: żadna umowa na określoną kwotę
To są Twoje słowa: ja stwierdzę, załóżmy, że się zgodziłeś. Skoro używasz takich zwrotów świadczących o narzucaniu czegoś albo założeń z czapy, to nie dziw się, że odbieram to jako coś bez związku z rzeczywistością. To co pisałeś brzmiało jak odgórne narzucenie stawki, nie jak proces rynkowy. To jest bardzo istotne.
Rety, czy ty w ogóle łapiesz abstrakcję?
Słowa, które zacytowałeś nie świadczą o narzucaniu czegokolwiek, a jedynie o tym że założyłem sobie coś analogicznego do tego co stało się w rzeczywistości. Jeszcze raz, powoli: w rzeczywistości rynek zaakceptował Bitcoin jako środek wymiany, przez co nadał mu jakąś wartość, która z czasem rosła. W mojej analogii jestem ja i Ty, który reprezentujesz rynek, i ja próbuję Ciebie (rynek) przekonać do tego samego, czyli zaakceptowania muszelki jako środka wymiany. I ty się godzisz, bo w rzeczywistości rynek zrobił to samo - ZAAKCEPTOWAŁ, mimo że ani Bitcoin ani muszelka nie reprezentują żadnej obiektywnej wartości. Co tu jest z czapy? Tak działa abstrakcja - wyodrębnia się z dwóch rzeczy część wspólną.
No i co z tego? Ale ta wartość jest WIRTUALNA!
No i co z tego? Wartość pieniądza jest również wirtualna.
Wyjaśniłem ci różnicę między pieniądzem a bitcoinem. Pieniądz ma zresztą wirtualną wartość dopiero od niedawna. Wcześniej banknot miał pokrycie w złocie. Na banknocie było napisane, że bank zobowiązuje się wypłacić okazicielowi równowartość w złocie, i dopiero w XIX w rządy od tego odeszły. Wcześniej gwarancją wartości pieniędzy (banknotów) była wartość złota. Potem rządy, jako emitenci banknotów, zobowiązali się gwarantować ich wartość, choćby poprzez popyt na nie.
Zresztą skoro widzisz, że zarówno pieniądz jak i bitcoin mają podobnie wartość wirtualną, to dlaczego nie rozumiesz, że dokopanie bitcoina ma taki sam efekt jak dodrukowanie pieniądza? Przecież to właśnie od początku mówię!
Tłumaczę Ci to od początku. Większość rzeczy, w które ludzkość angażuje swoją pracę ma jakąś OBIEKTYWNĄ wartość. Dom, samochód, ubranie, jedzenie.
Ma też wartość wirtualną wyrażaną w wirtualnych pieniądzach, na której też mogą występować bańki, i która też może być nieadekwatna według obiektywnych kryteriów.
No może. Tylko co z tego, że nie tylko na bitcoinie może być bańka? Poza tym tych rzeczy nie traktuje się jako środka wymiany.
Spróbuj tak samo uwieść dowolną kobietę bitcoinem, np taką która nie wie co to jest i nie rozumie technologii.
To naprawdę wspaniale, że w dyskusji o kryptowalutach piszesz o właściwościach chemicznych złota oraz wyrywaniu pustaków.
Jeśli to prowadzi do wyjaśnienia, to czemu nie?
Właściwości chemiczne złota są jednym z powodów dla których ma ono obiektywną wartość, co przeczy temu jakoby złoto, podobnie jak bitcoin, miało wartość wyłącznie umowną. A nazywanie kobiet "pustakami" jest dość nieładne z Twojej strony. Możesz to sobie oceniać jak chcesz, ale faktem jest, że ludzie, a zwłaszcza kobiety, przez wieki mieli naturalną tendencję do przyozdabiania się, a mężczyźni do wchodzenia w łaski kobiet. A złoto się do przyozdabiania świetnie nadaje. W efekcie, dzięki złotu, mężczyźni mogą zaspokoić swój popęd seksualny. I takie właśnie naturalne skłonności kształtują ludzki system wartości: głód, seks, potrzeba bezpieczeństwa, wygoda. Nikt natomiast nie ma naturalnej tendencji do trzymania ciągu informacyjnego, który powstał w wyniku faktoryzacji dużych liczb.
Nie. Sztuka ma wartość tu i teraz. To co opisujesz to inwestycja w sztukę. Natomiast sztuka sama w sobie generuje doznania. Są ludzie, którzy kupią ten obraz i mają gdzieś ile jest wart dla innych - chcą mieć go tylko dla siebie, patrzeć na niego, sycić oczy kolorami i pociągnięciami pędzla.
Nie pisałem o emocjach. Pisałem o mierzalnej wartości finansowej, w tym wypadku głównie wirtualnej. Przypominam, że to dyskusja o finansach, nie emocjach.
Nie. Dyskusja dotyczy teraz NATURALNYCH WARTOŚCI. Finanse służą tylko do mierzenia tych wartości. Sztuka ma powiedzmy semi-naturalną wartość, w tym sensie, że w jakiejś grupie, część osób będzie na nią wrażliwa i zaspokojenie potrzeb emocjonalnych będzie traktowała podobnie jak zaspokojenie wymienionych wyżej naturalnych potrzeb. Część może być wrażliwa w mniejszym stopniu albo w ogóle. Ale to już wystarczy, by stwierdzić, że sztuka ma generalnie dla człowieka naturalną wartość. Dlatego można dokonać przełożenia sztuki na pieniądze. Nie mów mi, że nigdy z własnej woli nie kupiłeś biletu na koncert, do kina, do teatru czy muzeum. Jeśli to zrobiłeś to dlatego, że chciałeś z tą sztuką obcować. A ponieważ nie przekażesz nikomu doznań emocjonalnych jakich nabyłeś obcując ze sztuką, tylko ją po prostu skonsumowałeś na miejscu, więc to nie mogła być inwestycja.
Sparodiowałem po prostu Twoją wypowiedź, w której po swojemu definiujesz co jest "prawdziwą pracą", a co nie jest godne takiego miana. Ty twierdzisz, że obracanie na giełdzie pracą nie jest, znajdą się tysiące osób, które stwierdzą tak o pracy programisty, czy w ogólności biurowej.
Moja definicja nie różni się w zasadzie od ogólnie przyjętych, co najwyżej formułuję ją z naciskiem na pewne sprawy. Jeśli mówimy o pracy w kontekście ekonomii, ja swoją definicję mogę logicznie uzasadnić. Chłopkom, którzy twierdzą, że jedyna praca, to praca w pocie czoła, raczej się to nie uda.
Doprawdy rozróżniamy? Bo wychodzi, że technicznie to jest to samo, po prostu spekulowanie jest złe z definicji. Tymczasem jak opisałem proces spekulacji, to okazało się, że to tak naprawdę inwestycja.
Nie. Wg mnie opisałeś proces inwestycji, który potem nazwałeś spekulowaniem, bo tak Ci pasowało :)
Poza tym pamiętaj, że banki centralne kontrolują wartość pieniądza, by nie było ani zbytniej inflacji, ani deflacji i w razie czego dodrukowują pieniądze, Więc generalnie nie można powiedzieć że wartość waluty danego kraju rośnie proporcjonalnie do wzrostu jego pkb.
Nie pisałeś o walucie danego kraju, więc moja odpowiedź również tego nie dotyczyła.
A jakie to ma znaczenie? Każda waluta jest jakiegoś kraju i banki generalnie mają środki by wartość waluty kontrolować. To powoduje, że wartość PKB nie przekłada się na wartość waluty.
Określam tak definicję, której Ty używasz i mam do tego podstawy. Podobnie jak PRL uznajesz neutralną rzecz jaką jest spekulacja jako coś złego.
PRL uznaję jako okres historyczny Polski.
peerelowską definicję uznaję jako definicję wprowadzoną w okresie PRL a nie definicję nacechowaną negatywnie, bo taka definicja ma większy sens.
spekulanta definiuję w podobny sposób w jaki opisałeś go peerelowską definicją. Nie widzę w tej definicji negatywnego nacechowania, bo uważam, że trafnie oddaje ona to czym spekulacja jest, a w mojej ocenie jest zjawiskiem niepożądanym.