Jeśli uważasz, że oburzające jest karanie za wzorową jazdę pod wpływem to po co w ogóle egzekwować mandaty za przekroczenie prędkości przecież najczęściej nic się nie dzieje jak przekroczę prędkość 2x. Niech policja przyjedzie z mandatem dopiero jak zawinę się o drzewo albo zabije kilka osób.
Nie uważam za oburzające, ale...
Jeżdżę do pracy codziennie ulicą Grunwaldzką. Na ulicy tej przez większą część jest ograniczenie do 50km/h. Jednakże są fragmenty, gdzie ograniczenie jest do 70km/h. (Jest też jeden ruchomy fragment w Gdynii, gdzie jest do 30km/h bo coś tam remontują i uparcie zapominają o postawieniu za remontami znaku odwołującego to 30 - przez co ograniczenie to potrafi obowiązywać aż do Sopotu)
Znaczna część kierowców nie wie nawet, że tam są fragmenty z ograniczeniem do 50. Mój mężczyzna, kierowca od lat 6ciu, dowiedział się tego ode mnie, gdy kończyłam dopiero kurs. Miał niezłe zdziwko. Inny kolega mówi mi tak "Ja jechałem 90km/h, myślałem, że ledwo 20 przekraczam, to policja się nawet nie zainteresuje. A tam jest do 50ciu wyobraź sobie!" (policja go uświadomiła).
A nawet gdyby wiedzieli, to co z tego, skoro myśląc, że jest ograniczenie do 70, 80% kierowców (na oko patrząc) jedzie 90?
I teraz pytanie - czy powinna stanąć tam policja na całej długości, shaltować jednego dnia tysiąc osób, drugiego drugi tysiąc, trzeciego trzeci itd...? W końcu by się może nauczyli.
Ale co, policja nie wie, że po Grunwaldzkiej tak się jeździ...? Bitch, please...
A może to jednak oznakowanie drogi jest do bani? Może zachowanie tych kierowców to normalny zdrowy rozsądek? Może zamiast haltować kierowców, należałoby dostosować ograniczenia do rzeczywistości...?
Sama przekraczam prędkość na tym odcinku z pełną świadomością, szczególnie gdy jadę lewym pasem. Jakbym jechała 50 na lewym pasie na Grunwaldzkiej, to tak jakbym się prosiła o wpierdol.