Problem jest w systemie, a nie w składce zdrowotnej. Przez lata ograniczano dostęp do zawodów medycznych na wszelkie sposoby. Szkolnictwo zawodowe wlaściwie zlikwidowano. Pielęgniarki po szkole średniej stały się pracownikami drugiej kategorii. Ludzie po wydziale lekarskim musieli kąbinować jak dostać się na specjalizację bo miejsca szkoleniowe były dla samych swoich. Jak ktoś nie pochodził z kręgów profesorskich to musiał robić najpierw doktorat aby potem przystąpić do specjalizacji.
W szpitalach panuje ustrój feudalny połączony z pozostałościami z peerelu. Jak masz odpowiednie pochodzenie albo zyskałeś autorytet środowiska to możesz nieco więcej. Ci, co nie mają tego szczęścia są lennikami swoich panów.
W szpitalach, przychodniach, poradniach właściwie nie ma listy płac, polityki kadrowej, regulaminów. O zasadach decyduje grupa trzymająca władzę składająca się z dyrekcji, ordynatorów. Oczywiście są to ustalenia ustne i obowiązują do momentu bliżej nieokreślonego.
Co do problemów z kasą w służbie zdrowia to sporo bałaganu robią szpitale na peryferiach. Często po oddziałach hula wiatr, łużka robią za eksponaty, a utrzymanie personelu i gotowości do świadczenia usług kosztuje nie małe pieniądze. Takowe placówki powinny być dawno zlikwidowane albo ich działalność ograniczona ale tego nikt nie zrobi bo będą protesty mieszkańców no i spadochroniarze partyjni potracą stołki. Problemy kadrowe rozwiązuje się więc płacąc gigantyczne stawki dla personelu i oferując lepsze warunki pracy. Oczywiście odbija się to na kondycji finansowej szpitali ale kogo to obchodzi bo przecież państwo dopłaci.
Rozwiązania są więc przynajmniej dwa: podwyższenie wieku emerytalnego, likwidacja szpitali które sporo kosztują a leczą zdecydowanie za mało pacjentów. No jest jeszcze trzeci wariant pod tytułem zaglądanie do kieszeni obywateli na co przystano wprowadzając nowy polski wał.