Ja po pierwszym roku studiów na jednym z uniwersytetów mam kilka spostrzeżeń (oczywiście to tylko moja prywatna opinia, staram się żeby była obiektywna, ale z pewnością w 100% taka nie jest).
Ocenami z matematyki w liceum/technikum nie ma się co sugerować, bo na studiach i tak robi się coś zupełnie innego, a często nawet robi to samo, ale w szkole średniej można było dany problem rozwiązać w 4/5 linijkach, a na studiach pokazują jak go rozwiązać na 2 stronach (czyli ogólnie komplikowanie prostych problemów). Mimo wszystko nawet będąc przeciętnym matematykiem nie miałem problemów, żeby w miarę wszystko ogarnąć.
Co do poszerzania zainteresowań to powiem tyle, że niczym nowym mnie uczelnia nie zainteresowała, z kilkoma przedmiotami, które mnie nie interesują musiałem się męczyć i poświęcać na nie czas, który mogłem wykorzystać na poszerzaniu wiedzy w interesujących mnie dziedzinach. Z jednego zainteresowania mnie skutecznie wyleczono.
Nowych technologi właściwie nie poznałem, większość rzeczy tak 10-15 lat do tyłu. Wykładowcom raczej nie chce się układać nowych wykładów, więc często to samo słowo w słowo jest wałkowane przez kilka kolejnych lat.
Szeroka wiedza z wielu dziedzin informatyki może faktycznie jest szeroka ale za to niesamowicie płytka, więc żeby się do czegokolwiek przydała trzeba się większości nauczyć samemu.
Z tego co czytam forach to na innych uczelniach robi się jakieś rożne ciekawe projekty a u nas tylko kolokwia i sprawozdania z zajęć, czyli kurs pisania w Wordzie. Jak ktoś dobrze trafił to kolokwia były co zajęcia, a przy odrobinie szczęścia te kolokwia były z zagadnień które na tych zajęciach będą omawiane.
Wszechobecna nuda. Część wykładów jest tak nudna, że prawie nikt na nie nie chodzi, bo większość uwagi człowiek skupia na tym żeby nie zasnąć od monotonnego głosu wykładowcy, który powtarza to samo słowo w słowo piąty rok z rzędu. Przed zaśnięciem skutecznie bronią niewygodne krzesła. Na tych wykładach, na których trzeba być (bo profesor ma niesamowitą pamięć do twarzy, albo jest lista obecności) na stolikach w większości laptopy, książki albo krzyżówki. Na szczęście wszystko jest w internecie.
Brak jakiejkolwiek chęci do nauczenia kogokolwiek czegokolwiek. Rozumiem, że na studiach nikt mnie za rękę prowadził nie będzie, ale jeżeli słyszę wprost od prowadzącego wykład, że ma gdzieś czy nas czegokolwiek nauczy, albo że się omawianym materiałem nie interesuje, to już jest chyba lekka przesada. Jeszcze pół biedy jeżeli mu nie zależy, ale nie robi problemów z zaliczeniem, ale jeżeli mu nie zależy, a wymaga cudów to jest niestety problem.
Zadania na ćwiczeniach wymyślane z głowy. No fajnie, że się prowadzący popisuje, że wszystko umie na pamięć i ogólnie jest pro, ale czasami chciałbym się na pewnym etapie rozwiązywania danego zadania upewnić czy nie popełniłem jakiegoś błędu, a często w odpowiedzi słyszę: "nie wiem", a już o tekstach po sesji w stylu: "to aż tylu państwa zostało? Dlaczego tak dużo? Spokojnie zajmiemy się tym." nawet nie wspomnę. Osobną kategorię stanowią prowadzący będący na ostatniej prostej robienia doktoratu, w praktyce oznacza to poza brakiem przygotowania do zajęć i ogólnym brakiem czasu na cokolwiek, także ciągłe zdenerwowanie. Rekord to prowadzący ćwiczenia, który nie miał zielonego pojęcia o tym o czym mówi, tylko czytał z książki lub z internetu fragment i nam go streszczał.
Żeby nie było, że jest tak źle są też pozytywne wyjątki (w moim przypadku 2) jeżeli chodzi o kadrę. Gdyby wszyscy na uczelni byli tacy to studia dawałyby o wiele więcej niż teraz. Dobrze przygotowane i ciekawie prowadzone zajęcia/wykłady, materiały do zajęć, jasne i zrozumiałe tłumaczenie materiału a do tego przyjemna atmosfera, dla mnie po prostu idealnie. Widać, że są jeszcze ludzie którzy mają pasję, a dodatkowo zależy im na tym, żeby się studenci czegoś na tych studiach nauczyli, ale niestety są to tylko wyjątki.
Fachowe pojęcia i ogólne komplikowanie wszystkiego. Człowiek z wyższym wykształceniem powinien znać również rożne fachowe terminy, no niby racja, ale jak ktoś mi tłumaczy coś o czym słyszę pierwszy raz w życiu to mógłby na początek wytłumaczyć to prostymi słowami, żeby człowiek zrozumiał o co chodzi, a dopiero potem powiedzieć jak to się fachowo nazywa. Co do komplikowania wszystkiego to niestety najczęściej dotyczyło to matematyki. Często na wykładach poznawaliśmy bardzo skomplikowane metody wymagające znajomości skomplikowanych wzorów i przekształceń, a potem okazywało się, że istnieją metody pozwalające zrobić to samo w 5 minut bez wzorów i dużo mniejszą szansą popełnienia błędu i oczywiście nie były to metody wymyślone przez kogoś na jakimś forum, tylko były to sposoby wymyślane przez znanych matematyków. Oczywiście często tych prostych metod nie wolno było używać, bo nie było o nich mowy na wykładzie. Czasami dochodzi też komplikowanie metod, które są same w sobie proste, ale wytłumaczone w taki sposób, że nic z tego nie można zrozumieć, a na przykład na uczelni amerykańskiej wykładowca potrafił to wytłumaczyć w 5 minut (nagranie z wykładu z MIT zamieszczone na YT).
Po roku zrezygnowało sporo osób, nawet tych bardzo dobrych, a to już o czymś świadczy.
Podsumowując moim zdaniem lepiej iść na słabszą uczelnie, która da nam sporo wolnego czasu na samokształcenie , żeby mieć ogólne pojęcie i papier, a tego co nam będzie potrzebne w pracy uczyć się samemu.